Mitingi w Polsce

sobota, 14 lutego 2026

A dzieciństwo ...

.. co z nim ?

To pytanie zadałem sam sobie, ponieważ z jednej strony nie kojarzę bym coś tu napisał na ten temat, a dwa że praktycznie każde nasze spotkanie w AH (pierwsza niedziela miesiąca), kiedy jest spikerka (nie lubię tego słowa), bardziej pasuje mi, dzień w którym ktoś dzieli się swoim świadectwem, zaczyna się od dzieciństwa, bo tam też sporo się działo co miało lub mogło mieć wpływ na dalsze życie.

Dlaczego ja nic o tym nie wspomniałem - nie wiem - a jest tam, jak mi się wydaje, zaraz wyjdzie i sami będziecie mogli ocenić istna kopalnia zachowań, doświadczeń które w jakimś stopniu doprowadziły mnie tu gdzie jestem.

Zaczynam. Pochodzę z robotniczej rodziny (tak kiedyś się określało w jakiś dokumentach urzędowych). Mama, po liceum, całe życie pracowała w banku, w trakcie pracy już grubo po 40tce zrobiła studia bo musiała, tata zawodówka (chodził razem z Solorzem do klasy, czy szkoły, ale coś poszło nie tak 😁), układanie płytek, potem jakąś praca którą stracił, recesja i musiał wyjeżdżać za granicę szukać pracy by utrzymać rodzinę (Islandia, Niemcy, Norwegia) przez większość mojego zycia go nie bylo. 

I krótki opis miejsca gdzie się wychowywałem do końca szkoły podstawowej i jak to było. Kamienica, mieszkamy razem z babcią i dziadkiem w 3 pokojowym mieszkaniu z kuchnią, piece opalane węglem, mieszkanie 3,7m wysokości wraz z dwoma braćmi (trzeci pojawi się już w naszym mieszkaniu kilka lat później). Radom, samo centrum Rynek, na okres mojego dzieciństwa najgorsza dzielnica w mieście, skąd pochodziła większość tych "cwaniaków" z miasta. "Krojenie ludzi" tak to się u nas wtedy nazywało, czyli podchodzenie do rówieśnika na ulicy i zabieranie mi pieniędzy to była codzienność moich kolegów, mi nigdy nie starczyło odwagi by dołączyć do tego, a może jakaś moralność, wychowanie nie pozwoliło mi na takie krzywdzenie innych. I ja herszt bandy - nic podobnego 🤣 - ja to ten z tyłu, przy kości, piegowaty, grzeczny, nieśmiały, dobrze się uczący (czerwony pasek), nie sprawiający żadnych problemów wychowawczych grubasek. Najstarszy syn, który musiał zaopiekować się mama i braćmi pod nieobecność taty, ten który nie może dawać dodatkowych zmartwień mamie w tym trudnym czasie.

Pierwszy kontakt z hazardem (tak to trzeba nazwać) to początek szkoły podstawowej gdzie grałem z kolegami "na monety" - polegało to na spuszczaniu monety na ziemię jeden po drugim, i jak jedna z monet nałożyła się częściowo na drugą, to ta osoba zbierała pulę lub odmiana tej samej gry na parapecie.

Kolejne wspomnienia nieco później, to granie w piłkę "w kwadraty" na pieniądze lub w badmintona. 

Inne doświadczenie to "zarabianie" pieniędzy za "pilnowanie samochodów" przed powstałą na rynku restauracja, by ktoś nie ukradł lub nie porysował samochodu (bo i takie sytuacje się zdarzały jak ktoś odmawiał) - było to swego rodzaju wymuszenie lub haracz.

Było też "podbieranie" pieniędzy - ja tak na to mówiłem - po prostu kradłem i tu już problemu nie miałem. Najczesciej i regularnie drugiej babci, która mieszkała kilka ulic dalej. Często bywałem też u niej, jak zgłodniałem czy chciałem się czegoś napić będąc na dworze, bawiąc się, przychodziłem do niej, wiedziałem gdzie trzyma pieniądze z emerytury (przetrzepałem wszystkie szafki w kuchni) i kradłem drobne sumy. Z czasem jak byłem w okolicy 5 klasy szkoły podstawowej, babcia zaczęła płacić mi pensje, za rąbanie drewna, przynoszenie codzienne węgla z piwnicy do domu, wrzucenie węgla do piwnicy jak kupowała przed sezonem - do tej pory to wszystko też robiłem, za darmo, jako pomoc bo tak trzeba i nie miałem z tym żadnego problemu (zanim kradłem). Wiedziała że kradłem jej pieniądze, ale nigdy mi, ani moim rodzicom tego nie powiedziała - przynajmniej ja nic o tym nie wiem bo takiej rozmowy z nimi nie miałem - może to był błąd ?

Były też incydenty z kradzieżą, gdy wracał tata z zagranicy z pracy po kilku miesiącach czy tygodniach z gotówką. "Znikało" wówczas kilkanaście Marek z całego pliku pieniędzy.

Były też legalne źródła zarabisnia gotówki, na dzień dzisiejszy nie do wyobrażenia nawet dla mnie, że będąc w 6-7 klasie z kolegą jechałem do Grójca na stację w wakacje, tam przyjeżdżali ludzie którzy potrzebowali ludzi do pracy i pracowałem przez tydzień spiąć w stodole zbierając cały dzień truskawki, wiśnie czy czereśnie.

Dorabiałem też u wujka, który miał ogromną scenę i jeździł po okolicy na fuchy z nagłośnieniem i jeździłem z nim składać i rozkładać sprzęt.

Oczywiście też starałem sobie przypomnieć na co szła ta kasa i po co mi była. Te początkowe pieniądze szły na granie w salonach gier, jedzenie (zapiekanki, hamburgery, Cola w puszce, pita śmietaną w sprayu). Przypominam jestem rocznik '78 i komputera czy Nintendo jeszcze nikt wówczas nie miał, to były miejsca rozrywki. W późniejszym czasie jak chciałem zadbać o swój wygląd szło na ciuchy, dresy adidasa, buty, Wranglery czy spodnie Lee - moich rodziców nie było stać by takie rzeczy mi kupować, dlatego musiałem sobie zarobić lub uzbierać, każda okazja, urodziny, dzień dziecka, cokolwiek to prośba do bliskich by podarowali mi gotówkę.

Później to już praca od razu po szkole średniej w ochronie (warunki fizyczne sprzyjały), próba studiowania, wojsko, ponowne studia i w teakcie wyprowadzka do Warszawy do pracy. Utrzymanie się w Waw, wynajęcie pokoju, jedzenie, studia zaoczne - wszystko opłacone z własnej zarobionej kasy, bez pomocy rodziców - oni nie mogli mi pomóc. Teraz się zastanawiam że za 1350pln brutto byłem w stanie w 2001r wynająć pokój, wyżywić się i zapłacić za studia zaoczne na UW - cud 🤔

Kurcze, ale tego jest i zastanawiam się co mi się jeszcze przypomni. Mam przed oczami moja dzielnice, klatki schodowe, ogromną wierzbę na rynku, zrujnowaną "dychę", zabawy saletrą z cukrem czy korkami, babcie, wróciły te również fajne wspomnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz